wtorek, 22 czerwca 2010

Noam Chomsky w kawałkach

Egoizm jądrem ludzkiej natury?

Jak sądzę, ani historia, ani nasze doświadczenia nie podważają sądu Adama Smitha i Davida Hume’a - bohaterów współczesnego chóru śpiewającego pochwałę egoizmu - zdaniem których współczucie i troska o dobro innych to konstytutywne cechy ludzkiej natury.

Przekonanie, że egoizm jest dominującym ludzkim instynktem, jest bardzo wygodne dla tych, co mają pieniądze i władzę, i pragną zniszczyć instytucje społeczne opierające się na sympatii, solidarności i wzajemnej pomocy. Najbardziej barbarzyńska część świata bogatych i trzymających władzę (…) jest zdecydowana rujnować opiekę społeczną, programy zdrowotne, szkolnictwo, czyli wszystko, co wywalczyło społeczeństwo i co służy publicznym potrzebom, a w bardzo małym stopniu umniejsza bogactwa i moc tych, którzy je mają. Bardzo im wygodnie wymyślać niestworzone historie, wedle których egoizm stanowi jądro ludzkiej natury, gdy chcą pokazać, że błędem jest troszczyć się, czy niepełnosprawna wdowa z drugiego końca miasta ma jedzenie i lekarską opiekę, czy dziecko z naprzeciwka ma dostęp do przyzwoitej edukacji. Czy istnieją solidne argumenty uzasadniające doktryny wygodne dla tych, którzy je tworzą? Ja się z takimi nie spotkałem.

Najlepszy porządek społeczny

Jeśli panujący dziś porządek społeczny jest jedynym odpowiadającym ludzkiej naturze, jak wyjaśnić fakt, że nie pojawił się nigdy wcześniej w dziejach ludzkości, że został narzucony całkiem niedawno, w Anglii i innych miejscach, i to przy użyciu przymusu i siły? (…)

Anarchia

Anarchia, tak jak ja ją rozumiem (w sposób, jak sądzę, dobrze uzasadniony, ale to już odrębna kwestia), to skłonność do takiego myślenia i działania, które próbuje rozpoznać struktury władzy i dominacji, domaga się, by wykazały swoją prawomocność, a jeśli nie może tego zrobić (co często się zdarza), stara się władzę ominąć.

Konrtola i DEZ-informacja

Bez wątpienia przemysł infotainment (informacji-rozrywki) to potęga. Jak jego szefowie byli łaskawi nam wyjaśnić, zajmuje się on z jednej strony wprowadzaniem kontroli off job (poza pracą) będącej przeciwwagą dla kontroli on job (w pracy), charakterystycznej dla tayloryzmu, systemu mającego zamienić pracowników w nieświadome niczego o posłuszne roboty; z drugiej strony zwracaniem uwagi ludzi ku “powierzchownym aspektom życia takim jak konsumpcja mody” i wdrukowywaniem im “filozofii ulotności życia”.

Fragmenty z: Jean Bricmont i Julie Franck (red.), “Chomsky”, Cahiers de l’Herne, nr 88, Paryż 2007

“Kalając własne gniazdo” - krytyka postmodernistycznej krytyki nauki

Gdy słyszę o “nauce białych mężczyzn” [white male science], zawsze przychodzi mi do głowy - wybaczcie - wyrażenie “żydowski wygląd”. (…)
Wielu naukowców brało wtedy czynny udział w życiu kulturalnym ówczesnej klasy robotniczej i próbowało kompensować klasowy charakter instytucji kulturalnych poprzez tworzenie programów edukacyjnych dla robotników lub pisanie książek przeznaczonych dla szerokiej publiczności - o matematyce, naukach i na inne tematy. I lewicowi intelektualiści nie byli bynajmniej jedynymi, którzy czymś takim się zajmowali. Dziwię się więc, gdy widzę, że lewicowi intelektualiści naszych czasów próbują pozbawić społeczeństwa poddane opresji nie tylko radości płynącej z wiedzy, lecz także narzędzi jego emancypacji, i oświadczają, że “projekt oświeceniowy” jest już martwy, więc trzeba porzucić “złudzenia” nauki i racjonalności - przekaz, który bardzo cieszy serca tych, którzy mają władzę, szczęśliwych, że mają te narzędzia na wyłączność.

Raison & liberté, Agone, Marsylia 2010



niedziela, 20 czerwca 2010

Symptom i choroba

W lipcowym numerze miesięcznika Le Monde diplomatique z 2009r. znalazł się bardzo ciekawy artykuł Sławomira G. Kozłowskiego (ekonomisty i profesora UMCS w Lublinie, który - o dziwo! - w przeciwieństwie do pracowników akademickich zachłyśniętych propagandą “jedynie słusznej idei” neoliberalnej, nie prezentuje postawy denkverbot - zakazu myślenia, jak to określił Žižek). “Rozważania o amerykańskim kryzysie gospodarczym” rozpoczynają się krótką ale bardzo treściwą i wymowną analizą systemu kapitalistycznego. Dowiadujemy się z niej, że rzeczywistość znacznie odbiega od usilnie propagowanego przez główny nurt dogmatu mówiącego, że kryzys jest aberracją na zdrowej tkance idealnego systemu gospodarczego.

The so-called financial crisis today is a symptom. The underlying disease is capitalism.
Rick Wolff, Capitalist Crisis, Marx’s Shadow,
MRZine, Monthly Review Foundation, 2008

Każda recesja gospodarcza czy kryzys w kapitalizmie powodowane są przez powstawanie nadwyżki podaży rynkowej w stosunku do efektywnego, tj. znajdującego swój wyraz w sile nabywczej kupujących popytu. Jest to bezpośrednią pochodną prawa akumulacji kapitalistycznej, podstawowego prawa ruchu kapitalizmu. Kapitalista, motywowany chęcią uzyskania maksymalnego zysku, przy tworzeniu produktów dla anonimowego rynku nie jest jednak pewien nawet tego, czy wytworzony produkt zostanie sprzedany. Wskutek tej niepewności musi stale konkurować, walczyć o bycie lepszym niż inni producenci. Musi więc przekształcać możliwie największą część wartości dodatkowej w nowy kapitał. Musi akumulować!

ANATOMIA KRYZYSU

Konieczność akumulacji powoduje, że kapitaliści inwestują znaczną część tworzonej wartości dodatkowej. Jest to niezbędne. Tylko dzięki temu można zostać kapitalistą i tylko dzięki temu można utrzymać swoją pozycję i mieć nadzieję na jej poprawę. Konieczność akumulacji powoduje także, iż z nowotworzonej wartości (marksowskie v+m) starają się oni wykroić jak największą porcję dla siebie (tj. zwiększyć wartość dodatkową - m), zmniejszając tym samym część przypadającą pracownikom, czyli płace (v).

Wynikiem akumulacji jest więc nie tylko zwiększanie potencjału wytwórczego i produkcji, ale także zmniejszanie siły nabywczej podstawowych mas konsumentów, tj. pracowników najemnych. Mamy więc dwie przeciwstawne tendencje: z jednej strony wzrost podaży, z drugiej zaś ograniczanie popytu.

Najogólniej konsumpcja robotników (pracowników najemnych) jest ograniczona przez ich siłę nabywczą (relatywne ubóstwo), będącą wynikiem procesu akumulacji. Konsumpcja kapitalistów limitowana jest zaś przez ich nieograniczoną dążność do zwiększania kapitału, czyli akumulacji. W wyniku tego wzrost popytu na dobra konsumpcyjne jest wolniejszy do wzrostu możliwości ich produkcji. Podział dochodów (nowo tworzonej wartości) między płace i zyski powoduje więc tendencję do ciągłego zakłócania równowagi między podażą a popytem.

Tendencja ta jest dodatkowo wzmacniana przez ciągłe wprowadzanie nowych technik, zmierzających do zastępowania pracy żywej przez uprzedmiotowioną (pracy przez kapitał, w terminologii ekonomii głównego nurtu), co oznacza postęp o pracooszczędnym charakterze. Substytucja pracy przez kapitał (marksowski “wzrost składu organicznego kapitału“) jest przyczyną trwałego bezrobocia (istnieniem rezerwowej armii pracy) oraz skutkuje dodatkową tendencją do ograniczania wysokości płac.

Prawo akumulacji kapitalistycznej powoduje, że gospodarka nie rozwija się równomiernie, że podlega ona cyklom koniunkturalnym. Nieuniknione są okresy (względnej) nadprodukcji. Kryzys oznacza brutalne przerwanie reprodukcji rozszerzonej. Pojawia się on nie dlatego, że zbyt mało dóbr jest wytwarzanych, lecz dlatego, że masa wytworzonych dóbr nie znajduje nabywców. Na końcu  opadającej spirali recesji produkcja i zapasy w magazynach spadają w większym stopniu niż siła nabywcza. Wówczas produkcja zaczyna ponownie rosnąć. Ten cykliczny ruch związany jest z kapitalistyczną własnością prywatną i produkcją dla zysku. Takie były przyczyny 25 cykli koniunkturalnych, które towarzyszyły amerykańskiemu kapitalizmowi do czasu jego pierwszego kryzysu w roku 1825”.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Wybory

Jak chyba wszyscy wiedzą już tylko kilka dni pozostało do dnia wyborów prezydenckich. Muszę przyznać, że kwestie polityczne dawno już nie powodowały takiego mętliku w mojej głowie. Najpierw dręczyło mnie pytanie, czy iść głosować. Po pierwsze żaden z kandydatów nie wydaje mi się idealnym, a po wtóre – system demokracji przedstawicielskiej nie spełnia swoich zadań. Mam iść głosować na człowieka, który w tym krótkim momencie potrzebuje poparcia społecznego, a zaraz po wyborach ma to całe społeczeństwo... Później w sprawach takich jak tarcza antyrakietowa czy Irak słyszę, że społeczeństwo nie powinno się wtrącać do ważnych kwestii, bo się nie zna i nie rozumie. Więc ja rozumiem, że społeczeństwo w oczach tych panów, którzy sobie usta wycierają „demokracją” jest zwyczajnie głupie. Na tyle głupie, żeby dać się nabrać i wybrać ich w wyborach. Pojawia się tutaj duży znak zapytania – czym wobec tego jest ta słynna demokracja? Mi to bardziej przypomina technokrację z pogardą dla społeczeństwa. Uważam, że w dobie tak zaawansowanej techniki informatycznej nie istnieją żadne obiektywne przesłanki, no chyba że ideologiczne lub dotyczące posiadania władzy, które by uniemożliwiały wprowadzenie demokracji bezpośredniej. Co więcej, absencja wyborcza to także jakiś głos, i to bardzo dobitny. Tyle, że komentatorzy polityczni usilnie nie chcą tego dostrzec. Nie głosowanie to głos na nie, dla wszystkich kandydatów, dla polityki państwa. Jak można mówić o przedstawicielstwie narodu, skoro zwycięzca otrzymuje np. 50 % głosów przy frekwencji rzędu 30 %? Prezydent 15 % Polaków...
Jednakże R. i E. na pikniku przekonali mnie, że do urny iść trzeba.
Zacisnąłem więc zęby i dokładnie prześwietliłem kandydatów. Nie ukrywam, że pierwotnie myślałem, aby poprzeć Komorowskiego. Niby wybór racjonalny, no bo ma największe szanse w starciu z „państwem policyjnym” Kaczyńskiego. Tylko byłby to głos przeciw własnemu sumieniu. Zarówno PO jak i PiS prezentują konserwatyzm społeczny i co gorsza są zwolennikami ideologii neoliberalnej w gospodarce. Czy mam głosować na prywatną służbę zdrowia, płatne studia, cięcia socjale, obniżanie podatków dla bogatych i likwidację miejsc pracy... Wiem, że nie wygra, ale sumienie będę miał czyste. Zdecydowałem, zagłosuję na kandydata związków zawodowych i Polskiej Partii Pracy, socjalistę Ziętka. Zgadzam się z jego postulatami, a w dodatku poparli go czołowi intelektualiści lewicy na Zachodzie, wśród nich prof. Noam Chomsky i reżyser Ken Loach.

wtorek, 25 maja 2010

Prawda i fałsz komunizmu, Sąd Ostateczny i Nowy Izrael

Kilka tygodni temu odnalazłem w bibliotece dziwacznie prezentującą się książkę. Format niewielki, każda kartka z innego papieru (ale zawsze przypominającego pakowy),  druk półamatroski i data wydania 1981. Mikołaj Bierdiajew “Problem komunizmu”. Nielegalny materiał z drugiego obiegu z wielką karminową pieczęcią NIE WYPOŻYCZA SIĘ. Jest to przedruk z polskiego wydania z 1937 r., zachowano więc niestety polszczyznę sprzed reformy. Męczą wzrok partije, djalektyki, materje i miejscami literówki. Warto zacisnąć zęby, bo za cenę niewielkiego wysiłku uśmiechnie się do nas ze strok książeczki brodaty mistrz Bierdiajew.
Oto kilka fragmentów w zmienionej pisowni (s.27, 30-35, 43-45, 91-95):

“Teoria marksistowska Zusammenbruch’u społeczeństwa kapitalistycznego, jest w rzeczywistości wiarą w Sąd Ostateczny. Albowiem w całym rewolucyjnym komunizmie tkwi pewien element eschatologiczny: idea według której w określonej godzinie otworzy się przepaść rozdzielająca na dwoje czasy. Określił to Niemiec Tillich, teoretyk religijnego socjalizmu, pod nazwą Kairos, wybuchu wieczności w czasie. Płytka terminologia filozofii materialistycznej, niezdolna jest wytłumaczyć głębi najniższych pokładów marksizmu; tym niemniej tkwią one w podświadomości i stanowią prawdziwą siłę. To w nich właśnie łamie się łańcuch determinizmu, co jest przerwaniem ciągłości w procesie ewolucyjnym: niepewny jest krok z królestwa konieczności do królestwa wolności, historia, właściwie mówiąc, jest zamknięta - rozpoczyna się nadhistoria”

“W czym tkwi prawda komunizmu? Występuje ona […] pod różnymi postaciami. Przede wszystkim jest to prawda negatywna, w postaci krytyki burżuazyjnej i kapitalistycznej cywilizacji, jej sprzeczności i braków. Jest ona oskarżeniem kłamliwie chrześcijańskiego społeczeństwa, upadającego i zdegenerowanego, które przystosowało się do interesów okresu kapitalistycznego. Następnie jest to prawda pozytywna, przejawiająca się w postaci organizacji i kierowania ekonomiką, której podlega życie jednostek i która nie może być nadal uważana tylko za grę interesów i samowoli. Idea ekonomiki zorganizowanej według określonego planu jest ideą szczęśliwą: a obrona całkiem fikcyjnej wolności w życiu gospodarczym może zrodzić tylko ciężką niesprawiedliwość i pozbawić ostatecznie dużą część ludzkości istotnej swobody. Prawdą komunizmu jest także i to, że według niego społeczeństwo musi być społeczeństwem pracującym (chociaż odmawia się przy tym uznania w pracy określonej hierarchii jakościowej). I chociaż rosyjscy komuniści rozplakatowali we wszystkich sowieckich zakładach tę dewizę: Kto nie chce pracować, nie może jeść, nie przypuszczali jednak, że słowa te wypowiedział apostoł św. Paweł. Komunizm mówi prawdę, kiedy utrzymuje, że nie powinien istnieć wyzysk człowieka przez człowieka, i klasy przez klasę. Supremacja człowieka nad elementarnymi siłami natury nie powinna się wiązać z supremacją człowieka nad człowiekiem.
Prawdą jest także to, że podział społeczeństwa na klasy, który prowadzi tylko do walki, powinien zniknąć i że klasy powinny być zastąpione przez grupy zawodowe. Prawdą jest, że ustrój polityczny powinien być reprezentantem realnych potrzeb i interesów ekonomicznych. […]
Wreszcie egoizm narodowy i odosobnienie, które pociągają za sobą nienawiść i wojny, powinny być ostatecznie pokonane przez nadnarodową organizację ludzkości. […] (komunizm) zdobył się na postawienie zagadnienia w całej jego głębi, związał w jednym pojęciu teorię i praktykę, myśli i wolę. W ten sposób wraca komunizm do teokratycznej koncepcji średniowiecza: podporządkowuje życie jednostki celowi uniwersalnemu; wraca do tego pojęcia służby, które całkowicie znikło w zdechrystianizowanej epoce liberalno-burżuazyjnej. […]
Jednakże fałsz komunizmu jest większy niż jego prawda, która została całkowicie wynaturzona. Jest to przede wszystkim fałsz duchowy a nie społeczny. Duch samego komunizmu jest negacją ducha w ogóle, zaprzeczeniem duchowej istoty człowieka, fałsz komunizmu jest fałszem bezbożnym. […] Komunizm zerwał z zasadą złotego środka, którą wyznawał humanizm, komunizm odrzucił Boga nie w imię człowieka, jak to się często zdarza, ale w imię jakiejś trzeciej zasady, a mianowicie w imię społecznego kolektywu, nowego bóstwa.”

Chrystianizm nie zrealizował swojej prawdy w życiu społecznym; albo wcielał się w konwencjonalną symbolikę teokracji, które chciały lekceważyć wolność, ten podstawowy warunek wszelkiej, prawdziwej realizacji, albo stosować system dualizmu, jak to miało miejsce w czasach nowożytnych, kiedy potęga chrześcijaństwa osłabła. Komunizm ukazał się wówczas jako kara, jako świadectwo fałszowania autentycznej prawdy. Widzieliśmy, że jest w komunizmie moment eschatologiczny. Ponieważ apokalipsa nie wskazuje tylko na koniec historii: istnieje apokalipsa w samym łonie historii. Koniec jest zawsze bliski, czas dąży do połączenia się z wiecznością. Świat, w którym żyjemy, nie jest nigdy całkowicie zamknięty. Ale są okresy, w których to położenie czasów w obliczu wieczności, daje się uczuwać w sposób bardziej wyraźny. Moment eschatologiczny nie przedstawia tylko sądu nad historią, ale także sąd samej historii. Komunizm jest takim sądem. Prawda, która nie chciała się wcielić w pięknie, w pięknie Bożym, zrealizowana jest przez komunizm w szpetocie. […] Jestem głęboko przekonany, że komunizm kryje w sobie wielką prawdę społeczną. Jednakże fakt, że prawda ta wyraża się w szpetocie, wskazuje, że łączy się ona ściśle z kłamstwem i że Bóg odwrócił się od jej realizacji. Szpetota jest zawsze oznaką ontologicznego fałszu. Byt prawdziwy, przekształcony i wypełniony jest piękny.”

“Antyreligijna struktura psychiczna komunistów jest strukturą psychiczną zwycięzców, symbolem urazy i zemsty, które wzięły odwet i otrzymały zadośćuczynienie. Zwycięski i triumfujący “proletariat” otrzymał zadośćuczynienie za przeszłe upokorzenia. Tak oto Marks wypracował swoją doktrynę dotyczącą powołania mesjanicznego tego proletariatu: jest to klasa najbardziej uciskana w społeczeństwie burżuazyjnym, co jest “zrównoważone” przez świadomość własnego, mesjanicznego, wyzwalającego, powołania, własnej przyszłej potęgi. De Man, jeden najgłębszych współczesnych teoretyków socjalizmu, tłumaczy z wielką słusznością marksistowską doktrynę o najwyższej misji proletariatu, w duchu psychologii Adlera - jako przeżyte upokorzenie, wypływające z niższego stanu społecznego robotnika i jako wynagrodzenie: drogą zadowolenia  własnej woli, w opanowaniu przez ideę najwyższego powołania”.

czwartek, 6 maja 2010

Krytyka Halika

Wczoraj, późnym popołudniem, zajęty byłem dotrzymywaniem towarzystwa Szlomie w poczekalni u dentysty. Kiedy zniknął za oblepionymi cennikiem drzwiami gabinetu, zabrałem się za lekturę ostatniego Tygodnika Powszechnego. Trudno mi zdecydować, co dziwiło mnie bardziej, czy “śmichy - chichy” dobiegające z sali tortur i odrywające od gazety, czy też ożywcza świeżość myśli czeskiego teologa, ks. Tomasa Halika. Halik to postać nieprzeciętna - ot, truizm. Zdecydowanie więcej na jego temat miałby do powiedzenia Szloma, ale jak podkreślał generał Zambik w Rozmowach kontrolowanych, a jest to godne zapamiętania: “Ja mówię!”. Nasz południowy sąsiad ma swoje krytyczne zdanie o Kościele i nie boi się o tym mówić. I taka chyba specyfika czeskiego katolicyzmu, w którym czasy “książąt Kościoła” dobiegły szczęśliwego końca (pozazdrościć!). Krytyka to jednak zdrowa i pozbawiona cynizmu i obłudy krytykanctwa. Fragment rozmowy opublikowanej w TP zamieszczam poniżej. Uderzyła mnie tu analogia (organiczna jedność?) do poglądów Mikołaja Bierdiajewa, które gdzieś poniżej przytaczałem.

“[…] Bóg potrafi poradzić sobie z naszymi bastionami. Zwykle dzieje się to poprzez wewnętrzną reformę Kościoła. Ale gdy Kościół nie potrafi być “Kościołem stale reformującym się” (Ecclesia semper reformanda), wtedy Bóg działa z zewnątrz - poprzez nieprzyjaciół. Zauważmy, że o wrogu zbuntowanych wobec Boga Izraelitów Biblia mówi “sługa Boży Nabuchodonozor”. My w Czechach widzimy, że takim sługą Bożym był komunizm, który zburzył wiele struktur kościelnych. W ten sposób stworzył nową przestrzeń”.

wtorek, 4 maja 2010

To już było

Ostatniego dnia kwietnia serwisy informacyjne zaskoczyły nas wiadomością z niższej izby belgijskiego parlamentu. Zgromadzenie przyjęło przyprawiającą o koszmary ustawę, która zakazuje noszenia specyficznego muzułmańskiego nakrycia głowy dla kobiet o nazwie burka. Podano dwa motywy – primo, względy bezpieczeństwa (nie można zidentyfikować tożsamości osłoniętej osoby), secondo, prawa człowieka (strój uwłacza godności muzułmanek). Tyle, że w całej Belgii chustę tego rodzaju nosi grupa aż… 30 kobiet! A co więcej, same zainteresowane nie widzą w tym nic haniebnego. Pojawia się więc pytanie – kto i po co chce uszczęśliwiać innych na siłę?
Niestety wnioski nasuwają się same. Od kilku lat, w miarę postępującego kryzysu demograficznego Starej Europy i cyklicznie nawracających klęsk gospodarczych, prawica chce zastosować starą taktykę. Polega ona na wskazaniu kozła ofiarnego przy jednoczesnym podsyceniu drzemiącej ksenofobii. Tym razem mamy islamofobię. W latach 30. pewien uwielbiany polityk, kanclerz, wprowadził pakiet ustaw, mający chronić obywateli swojego państwa przed ingerencją obcych. Pakiet nosił nazwę Ustaw Norymberskich. Zakazano nieznanej nam bliżej burki, a co by było, jeśli niemile widziany stałby się krzyż, albo gwiazda Dawida? Niegdyś zagrażał nam syjonizm, dziś – islamofaszyzm.
Mam nadzieję, że belgijski senat odrzuci haniebne prawo, które stałoby się niebezpiecznym precedensem. Pocieszające jest, że ustawę zaatakowały partie liberalna i chrześcijańska. Gdyby jednak czarny scenariusz okazał się prawdziwy, myślę że kobiety Belgii, a szczególnie chrześcijanki, powinny zbojkotować nieludzkie prawo i w geście solidarności nałożyć chusty.

piątek, 30 kwietnia 2010

Niech się święci 1 Maja !!!

I to całkiem dosłownie :)
Pamiętajmy, że przed nami nie tylko majówka. Niech nas nie zwiodą plakaty o państwowych obchodach 2 - 3 maja. Nowa ideologia o pewnych rzeczach pamiętać nie chce. Nowa gospodarka udaje, że dochód, przyrost i obroty tworzą się same z niczego (pomimo kultu nauki, zaprzeczając choćby logice i zdrowemu rozsądkowi, nie wspominając już o podstawowych prawach fizyki). Kineskopy telewizorów zalewane są obrazami ludzi sukcesu o wypielęgnowanych dłoniach, ubranych w drogie tekstylia, poruszających się luksusowymi samochodami i smarujących swoje prawie lateksowe powłoki skórne wyciągami z wszystkiego, z czego da się cokolwiek wycisnąć.

A pod tym wszystkim (a może i nad?) są ludzie pracy, robotnicy, czy jak to dziś poprawniej - pracownicy. 
O spracowanych dłoniach, szarych twarzach pokrytych bruzdami, maszerujący stadnie codziennie rano do miejsc, gdzie mieli się nie tylko ich ciała, ale i dusze, "kopcący" niczym fabryczne kominy najtańsze papierosy...
Płatni niewolnicy starannie, z chirurgiczną precyzją usuwani z "wolnego świata". Nie pozostawieni jednak samymi sobie. Ich praca, ich życie i ich cierpienie jest przepełnione Nim. Nawet jeśli i oni sami o tym zapomnieli.
Święto Pracy nosi nie tylko wymiar materialistyczny, nie tylko przypiętą łatę po "komunizmie", a czerwony kolor nie jest monopolem partyjnego sztandaru.
Święto Pracy posiada głęboki wymiar religijny, jest transcendentnym miejscem w czasie, które uświęca swoją obecnością sam Bóg. Momentem, w którym warto przypomnieć sobie o centralnym punkcie ewangelicznej nauki - Ośmiu Błogosławieństwach, o społecznym pochodzeniu uczniów Jezusa, o fizycznej pracy Józefa - cieśli, która towarzyszyła Mesjaszowi od dzieciństwa, o tym, czym było prekonstantyńskie chrześcijaństwo. Wówczas czerwona barwa pierwszomajowego sztandaru nabierze głębi Chrystusowej krwi.
Wówczas zupełnie inaczej, znacznie poważniej zabrzmią słowa:

Niech się święci 1 Maja !!!
Święto Józefa Robotnika